Fenomenalny
brak fenomenu.
Tysiąc
moich nocy miało być książką, po przeczytaniu której, nic
nie będzie takie samo. Nowa pozycja na rynku wydawniczym miała go
całkowicie zrewolucjonizować. „Nowe oblicze wędrówki”
głosiło, chyba nieco zbyt entuzjastycznie, hasło reklamowe.
Spodziewać by się można prawdziwego końca pewnej ery, albo
chociaż fajerwerków w literackim świecie. Niestety nic takiego się
nie wydarzyło.
Prawdopodobnie
też, nic takiego się nie wydarzy, bo Tysiąc moich nocy jest
powieścią wyjątkowo miałką.
John
Keatson bardzo mocno pragnął, aby jego druga praca była równie
ciepło przyjęta przez krytykę jak pierwsza. Niestety odnosi się
usilne wrażenie, że jego narracji brakuje już dawnej
autentyczności, która uwodziła czytelników. Autor wybrał kilka,
wyjątkowo banalnych, życiowych prawd i zdecydował się połączyć
je w wątpliwą całość, znanym od średniowiecza motywem drogi.
Bohater,
który jest jednocześnie narratorem, opowiada zatem o wszelkich
swoich przeżyciach, każdemu, kto tylko zgodzi się go posłuchać,
a raczej zmuszony będzie udawać, że jest zainteresowanym bełkotem,
monologiem z pseudofilozoficznym sensem.
Keatson
umieszcza swoje postaci w barwnej i ciekawej scenerii, ale przygniata
je wypowiedziami, które nie wnoszą nic do rozwoju fabuły.
Z
pewnością nie jest to powieść, którą ktokolwiek dodałby do
listy lektur, które odmieniły jego życie. Nie jest to też
książka, po którą sięgniemy w chłodne, zimowe wieczory. John
Keatson mógłby jednak z powodzeniem leczyć bezsenność i może to
dla niego całkiem dobra alternatywa na przyszłość?
Tysiąc
moich nocy miało być fenomenem, ale nudzi i wzbudza niechęć.
Jest wspaniałym dowodem na to, że niektóre prace, nigdy nie
powinny ujrzeć światła dziennego. To powieść człowieka, który
nie ma już nic do powiedzenia. To z pewnością jedno z większych
rozczarowań tego roku.
~
C.F.
Nie
lubią cię.
Zanim
to zdanie dociera do jej świadomości mija chwila. Wzrokiem tępo
błądzi po ścianach urządzonego wyjątkowo surowo gabinetu. Kiwa
głową i myśli już o chwili, kiedy będzie mogła zjechać windą
na parking i wsiąść do swojego samochodu.
Ale
wtedy nagle doznaje czegoś na kształt przebudzenia. Mruga kilka
razy i delikatnie przechyla głowę w bok. Zawsze tak robi, kiedy
jest zaskoczona.
-
Słucham?
-
Powiedziałem, że nie lubią cię, Connie. Większość twoich
recenzji jest negatywna. To bardzo niekorzystnie wpływa na sprzedaż
ich książek.
-
Bardzo dobrze, te książki są po prostu słabe.
W
jej głosie słychać niezbitą pewność. Niezbitą pewność i
śpiewny, włoski akcent, którego mimo wielu prób, nie potrafi się
wyzbyć.
Zdejmuje
na moment okulary i przeciera dłonią zmęczone oczy. Chce coś
jeszcze powiedzieć, ale powstrzymuje się od głosu. Bawi się
złotym łańcuszkiem na szyi.
-
Nie będę się z tobą spierał. Twoje artykuły pretendują już do
miana sławnych, ale na miłość boską, od czasu do czasu mogłabyś
napisać cokolwiek pochlebnego. Dobrze, że wyjeżdżasz, urlop
dobrze ci zrobi, Connie. Nabierz sił, przygotuj się do pracy,
następna powieść powinna cię zainteresować.
-
Zainteresować, nie znaczy jeszcze zachwycić. Prześlij mi
szczegóły. Będziemy w kontakcie.
Powoli
odsunęła się od stolika i odwróciła. Nie spojrzała za siebie
nawet, kiedy ją pożegnał. Sięgnęła po swoją torebkę i
pożegnała dziewczynę w recepcji. Nie mogła się skupić i myśli
zebrała dopiero, kiedy otwierała drzwi swojego mieszkania.
Mieszka
sama. Ma przestronne, dosyć surowo urządzone mieszkanie z ładnym
widokiem na miasto. Wieczorami pija samotnie lampkę wina i przygląda
się życiu mieszkańców Nowego Jorku.
Tysiąc
moich nocy. Ten tytuł zaprząta jej myśli, choć książka nie była
warta uwagi. Stara się wyrzucić go z głowy, ale im silniej
próbuje, tym częściej te słowa pobrzmiewają.
Jej
życie jest dosyć monotonne. Budzi się zawsze o siódmej i daje
sobie chwilkę na rozbudzenie. Wstaje. Parzy kawę. Wypala papierosa.
Czasem dwa. Ubiera się. Zabiera rzeczy. Jedzie do pracy. Wraca.
Czyta. Zamawia sobie jakąś kolację. Zawsze z tej samej
restauracji. Zawsze za taką samą cenę. Pije wino. Bierze prysznic.
Kładzie się.
Ma
do dyspozycji duże, małżeńskie łóżko, ale nie kręci się
przez sen. Budzi się zawsze w takiej pozycji, w jakiej zasnęła. To
pewna nowość w jej życiu. O ile okres sprzed tysiąca nocy, można
nazwać nowym.
Wcześniej
nie sypiała sama. Wierciła się. Nie piła tyle wina. Sama
przygotowywała kolację. Mniej paliła.
Ale
to było tysiąc nocy temu. Bo teraz to przecież wszystko
niemożliwe. Czas leci szybko i czasem nawet dokładnie nie pamięta,
jak do tego doszło.
Przyjechała
do Nowego Jorku na stypendium. Poznała mężczyznę. Została. Nie
planowała ślubu. Teraz cieszy się, że nawet o nim nie myślała.
Pisała książkę. Poświęciła temu wiele nocy, ale każde jedno
zdanie cieszyło ją. Było jej. Było prawdziwe. Było według niej
doskonałe. To było jej pierwsze ważne tysiąc nocy.
Kolejne
tysiąc nocy brzmi jak ze słabego, przewidywalnego filmu. Gdyby było
częścią książki, zastanawiałaby się, jak je ułożyć. Żadne
wydawnictwo nie chciało wydać jej książki. Miała wypadek. Gdyby
przedstawić to w takiej kolejności, można byłoby stwierdzić, że
to był początek ciągu złych wydarzeń. Ale gdyby kolejność
zamienić, brzmiałoby to dramatyczniej, może trochę bardziej
kiczowato?
Życie
jednak nie jest powieścią, chociaż bardzo by chciała, żeby tak
było. Wtedy byłaby pewna, że po złych wydarzeniach nastąpi jakiś
punkt zwrotny i może nawet szczęśliwe zakończenie.
To
prawda. Ukończyła książę. Wysłała ją. Nazwali ją słabą. To
było najpierw.
Nie
załamała się. Czuła zawód, że poświęciła tyle czasu bez
sensu. Jej facet miał jej to za złe. Dużo się kłócili.
Teraz
nie myśli już o tym za dużo. Tak samo jak o wypadku.
Niedawno
dostała pracę. Pisanie recenzji. Miała nadzieję, że to będzie
jej przepustka do literackiego świata, że niedługo zła passa się
odmieni.
Wracała
późno. Została w biurze po godzinach. Nie pamięta co się
wydarzyło. Rodzina mówiła jej, że uderzył w nią pijany
kierowca. W szpitalu powiedzieli, że prawdopodobnie zasnęła za
kierownicą i uderzyła w latarnię. Sprawdziłaby to, ale nie
zobaczyła nigdy swojego rozbitego auta. Z czasem zresztą przestało
ją to zajmować.
Pamięta
lekarkę, która przekazała jej złe nowiny. Patrzyła na nią
chłodnym wzrokiem. Miała założone dłonie i przyciskała do
piersi jej kartę.
Złamała
pani kręgosłup. Doszło do przerwania rdzenia. O słowie chodzić,
może pani zapomnieć.
Szef
przyniósł jej pracę do szpitala. Kreśliła na stronach wszystkie
formy czasownika iść.
Dopiero po pewnym czasie poczuła specyficzny rodzaj wdzięczności,
że kobieta nie dała jej fałszywej nadziei.
Jej
facet nie pojawił się w szpitalu. Nie zobaczyła go już nigdy.
Spakował się, oddał klucze sąsiadce i przepadł jak kamień w
wodę. Płakała, ale tylko trochę, bo nie lubi wielkich dramatów.
To
było jej drugie tysiąc nocy. Tysiąc samotnych nocy. Dzięki nim
nauczyła się żyć na nowo. Nie czuje żalu, choć niektórzy
sądzą, że swój jad wylewa w recenzjach. To nie prawda. W szpitalu
miała wystarczająco dużo czasu. Czytała. Poznała książki,
które dały jej siłę. Żadna z tych, o których musi pisać nie
jest taka.
Teraz
nie wyobraża sobie innego życia. Porzuciła marzenia o pisarstwie,
woli tkwić po drugiej stronie. Nikt nie ma do niej pretensji, ale i
nikt od niej niczego nie wymaga.
*
Nad
ranem przychodzi do niej znajoma. Pomaga jej spakować walizki i
podwozi ją na lotnisko. Leci do swoich przyjaciół, do Mediolanu.
Miasto wita ją deszczem. Musi odpuścić sobie zwiedzanie miasta i
zamiast tego pierwsze godziny spędza w ciasnej kawiarence. Można tu
palić, więc wypala całą paczkę. Rozmowa się klei.
Przyjaciele
pytają ją o pracę, opowiadają trochę o tym, co wydarzyło się u
nich. Zgrabnie unikają drażliwych tematów i wymyślają rozrywki
na kilka najbliższych dni. Jeszcze nie wie, ile tu zostanie, pragnie
odwiedzić rodzinę w innej części Włoch. Tęskni za młodszym
bratem, nie widziała go od dawna.
Musisz
go poznać.
Nie
wie kogo, ale zamyśliła się i nie chce teraz pokazać, że była
nieuważna. Dalej pada jego imię.
Francisco.
-
Z przyjemnością- odpowiada upijając łyk chłodnej już kawy.
-
Jutro?
-
Czemu nie.
To
przecież już po jednej z kolejnych tysiąca nocy. Zresztą ma już
na nią plany. Przeczyta choć kawałek nowej książki i zastanowi
się nad treścią recenzji. Będzie miała więcej czasu na
pogawędki z nowym znajomym.
Fenomenalny rozdział :) Z resztą jak zawsze, ale o tym nie muszę Ci przypominać ^^ Heather zmieniła się z Connie, czy to tylko pseudonim zawodowy? Co prawda znam fabułę mniej więcej, ale i tak miło się czyta. Nie wiem co jeszcze napisać, więc tu utnę i przy następnym postaram się napisać więcej ;)
OdpowiedzUsuńps. jeśli możesz wyłącz weryfikację obrazkową.